Apple i prywatność? No nie do końca. Przedstawiam "Spersonalizowane kolekcje"
Znasz ten kultowy slogan reklamowy, że prywatność w Apple to fundamentalne prawo człowieka? Piękne hasło. Sam przez lata dawałem się na to złapać. Apple faktycznie zrobiło głośną akcję, odcinając Zuckerberga i resztę ferajny od śledzenia nas pomiędzy różnymi aplikacjami.
Oczywiście nie oznacza to, że z iOS nagle zniknęły wszystkie trackery, ponieważ aplikacje deweloperów nadal zbierają dane o tym, co robisz wewnątrz nich, a reklamiarze kombinują z fingerprintingiem. Apple zablokowało jednak ten najprostszy, systemowy transfer danych między korporacjami.
Problem pojawia się wtedy, gdy zdamy sobie sprawę, że te wszystkie rygorystyczne zasady dotyczą wszystkich, tylko nie samego Apple.
Najnowsze odkrycia pokazują, że we własnym sklepie z aplikacjami korporacja urządza sobie polowanie na nasze dane, które u innych deweloperów uznałoby za skrajną bezczelność.
Wielki Brat w wersji Spersonalizowane Kolekcje
Cała sprawa z telemetrią w App Store ciągnie się od dłuższego czasu, ale właśnie teraz, w czerwcu 2026 roku, temat wrócił z podwójną siłą. Apple odpaliło w sklepie nową funkcję o nazwie Personalized Collections, czyli Spersonalizowane Kolekcje.
Oficjalnie chodzi o to, żeby system lepiej rozumiał co nas kręci i podrzucał nam trafniejsze rekomendacje aplikacji. Brzmi super? No to zobaczmy, jaką cenę za to płacimy. Chłopaki z grupy Mysk, czyli ci sami badacze, którzy niedawno wypuścili genialną, otwartą aplikację Loupe, postanowili przeanalizować pakiety danych wysyłane przez system.
Co dokładnie widzi Apple?
Okazuje się, że App Store rejestruje w czasie rzeczywistym dosłownie każdy Twój krok:
- Precyzyjne kliknięcia: Rejestrowanie każdego pojedynczego dotknięcia ekranu razem z dokładnymi współrzędnymi miejsca, w które klikasz.
- Behawioralne przewijanie: Śledzenie każdego przewinięcia strony i sprawdzaniu, na które ikony patrzysz najdłużej.
- Logowanie klawiatury: Logowanie każdej wpisywanej litery w wyszukiwarce, zanim w ogóle klikniesz szukaj. Serwery Apple wiedzą co piszesz w ułamku sekundy.
- Analiza pisania: Analizowanie tempa i charakterystyki Twojego pisania na klawiaturze.
Twoje imię, Twoje nazwisko i Twój DSID
Jeżeli wydawało Ci się, że te statystyki są zbierane anonimowo, to mam złe wieści. Badacze z Mysk udowodnili, że pakiety danych telemetrycznych są wysyłane do Apple razem z unikalnym identyfikatorem o nazwie DSID (Directory Services Identifier).
Co to oznacza w praktyce?
DSID jest na sztywno powiązany z Twoim kontem iCloud i Apple ID. Apple nie zbiera więc suchych danych o jakimś losowym smartfonie. Oni wiedzą dokładnie, że to Ty, czyli konkretna osoba znana z imienia i nazwiska, szukasz określonej aplikacji, interesujesz się daną kategorią i klikasz w określone elementy interfejsu. Wszystkie te tąpnięcia, wyszukiwania i ruchy budują Twój profil behawioralny bezpośrednio pod Twoim nazwiskiem.
Iluzja wyboru, czyli brak opcji wyjścia
Najbardziej irytujące w tym wszystkim jest to, jak Apple podchodzi do naszej zgody. Możesz wejść w ustawienia konta i wyłączyć pokazywanie tych spersonalizowanych rekomendacji albo udostępnianie analiz. Poczujesz się bezpieczniej? Niepotrzebnie.
Badacze udowodnili, że ten przełącznik gasi tylko to, co Ty widzisz na ekranie. W tle aplikacja App Store nadal bezczelnie wysyła pełne logi z każdego Twojego tapnięcia prosto na serwery firmy. Twój sprzeciw nie ma dla nich znaczenia.
Często w dyskusjach pojawia się argument, że to i tak nadal lepsze niż Google. Prawda jest jednak taka, że to popularny mit, a różnica powoli się zaciera. Google robi to samo, tylko z otwartą przyłbicą, bo doskonale wiemy, że żyją z reklam. Apple z kolei wycięło konkurencję reklamową pod hasłami ochrony prywatności tylko po to, żeby zbudować swój własny, nienaruszalny monopol.
Klasyk: masz niby wybór między przeglądarkami, ale aplikacje i tak pobierzesz tylko z App Store, a Apple pilnuje, żeby nikt nie wszedł na ich podwórko.
Jesteś w sytuacji bez wyjścia, ponieważ albo zgadzasz się na to, że ktoś nagrywa całą Twoją sesję, albo zostajesz z telefonem bez żadnych dodatkowych aplikacji. Korporacje sukcesywnie przesuwają granice, bo wiedzą, że użytkownicy i tak nie mają łatwej alternatywy.
O co naprawdę chodzi w tej grze?
Odpowiedź jest prosta i jak zwykle chodzi o pieniądze. Apple od dłuższego czasu bardzo agresywnie rozwija swoją własną sieć reklamową Apple Ads. Wycięcie konkurencji, takiej jak na przykład Meta, było genialnym ruchem biznesowym. Gdy inni zostali z odciętym kurkiem, Apple stworzyło monopol na dane.
Zbieranie tak szczegółowych danych i przypisywanie ich do Twojego DSID służy po prostu profilowaniu nas pod reklamy, które potem oglądamy w App Store, Apple News czy ich nowych, spersonalizowanych sekcjach.
Zastanów się nad jednym. Gdyby jakikolwiek niezależny deweloper wrzucił do swojej aplikacji kod, który bez Twojej wiedzy rejestruje każde kliknięcie, każdą literę z klawiatury i wysyłał to razem z Twoimi danymi osobowymi, Apple natychmiast wyrzuciłoby go ze sklepu za złamanie regulaminu. Kiedy robi to samo Apple, nazywa się to dbaniem o wrażenia użytkownika.
Moje małe podsumowanie
Dla mnie ta sytuacja to podręcznikowy przykład korporacyjnej hipokryzji i kolejny potężny dowód na to, dlaczego moja ucieczka z iOS miała głęboki sens. Pokazuje to czarno na białym, że na iPhonie masz dokładnie tyle prywatności, na ile w danym momencie łaskawie pozwoli Ci gigant z Cupertino.
Życie z iPhonem, gdy jesteś zorientowany na prywatność lub ruch FOSS, to niestety sztuka ciągłych kompromisów i trudnych wyborów. W zamkniętym ogrodzie Apple zasady gry ustala tylko jedna firma.
Właśnie dlatego przesiadka na systemy takie jak GrapheneOS przestaje być niszową zabawą dla paranoików. To po prostu jedyny logiczny i pragmatyczny krok, jeśli chcesz odzyskać pełną kontrolę nad tym, co dzieje się z Twoimi danymi na Twoim własnym telefonie.